sobota, 15 kwietnia 2017

Łzy

Czas obu przyjaciół mijał na zabawie i wygłupianiu się. Cheshire był zdumiony tym, jak Leon działał na Alice.
Bawili się ze sobą świetnie. A przynajmniej do chwili, gdy Alice nie zaczęła opadać z sił.
– Chcesz odpocząć? – Spytał.
– Nie, chcę abyś odprowadził mnie do pałacu Kier.
– Trochę, tak jakby, nie chcę się narazić na ścięcie głowy – powiedział, drapiąc się po karku.
– Daj spokój, zmieniła się – odrzekła, składając ręce, jak do modlitwy.
– Cholera jasna! Dobrze!

Alice uśmiechnęła się do niego promiennie, po czym oboje zaczęli iść. Nagle Leon stanął i spojrzał na czarnowłosą.
– Co? – Spytała, widząc, że chłopak przestał iść i patrzy się na nią.
– Wziąć cię na barana? – Zachichotał.
– Żartujesz prawda?
– Nie – rzekł, po czym klęknął, by Alice mogła wejść. – Wskakuj.
– Jesteś pewien? Jestem strasznie ciężka.
– Nie wyglądasz – mruknął. – Wskakuj. Na pewno nie jest tak źle.
– Skoro tak mówisz. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałam.
Po tych słowach wlazła na plecy Leona. Ten z niemałym trudem wstał i zaczął iść. W trakcie drogi Alice spytała:
– I jak? Nieciężko ci?
– Nie... No skąd? Praktycznie cię nie czuję! – Mówił z sarkazmem.
– Ale ja przecież ostrzegałam.
Leon przewrócił oczami. Nagle zaczął udawać, że się chwieje. Alice złapała się mocniej jego szyi i zacisnęła mocno powieki.
– Leon! – Wydarła się przerażona.
Ten zaczął się śmiać i żartować z niej.
– Idiota, głupek, kretyn... – zaczęła po kolei wymieniać i bić go po głowie. – Do końca życia ci tego nie wybaczę!
– Mhm... Oczywiście, że nie.
– A żebyś wiedział. Już w życiu się do ciebie nie odezwę!
– Ach tak? – Spytał i postawił ją.
Ta pokiwała głową. Leon schylił się trochę i zbliżył swoją twarz do jej. Ich usta dzieliły milimetry. Oddechy mieszały się ze sobą, a na twarzy Alice pojawił się czerwony rumień. Zielonooka miała ochotę uciec, jak najdalej, ale z drugiej strony...
Nagle Leon uśmiechnął się do niej i chwycił ją w pasie, po czym zawiesił ją sobie na ramieniu.
– Leon! Puść mnie w tej chwili! – Krzyknęła, waląc pięściami w jego plecy, a szatyn uśmiechnął się.
– I co? Gdzie podziało się to twoje "w życiu się do ciebie nie odezwę", hę?
Alice tylko prychnęła.
– Zniknęło wraz z oszołomieniem.
– Ale podobało ci się – wywnioskował.
Twarz czarnowłosej znów zrobiła się czerwona.
– Cicho bądź – mruknęła, a zielonooki zaśmiał się pod nosem.
Szedł tak z Alice na plecach, gdy przypomniała mu się scena ze Shreka. W tym całym zajściu brakowało tylko osła. Wtedy Leon pomyślał o Andreasie, który bardzo przypominał mu tego bohatera.
Niósł dziewczynę aż pod pałac królowej Kier. Kiedy byli na miejscu postawił ją na ziemi.
– Nareszcie! – Powiedziała szczęśliwa, że stoi, a nie jest noszona.

Oboje weszli do środka. Chłopak był oszołomiony wielkością zamku. Zaczęli podążać w stronę komnaty Alice. Szli w ciszy. Przynajmniej do póki dziewczyna nie zauważyła królowej, która była w nie najlepszym humorze.
– Leon, mam prośbę. Pójdziesz sam do mojego pokoju?
– Jasne, ale gdzie on jest?
– Wejdziesz po schodach na trzecie piętro i pójdziesz prawą stroną do końca korytarza. Ostatnie drzwi to mój pokój – wyjaśniła.
– W porządku. Zobaczymy się na miejscu.
Po tych słowach chłopak ruszył w swoją stronę, a Alice wkroczyła do sali tronowej.
– Lizzie, wszystko w porządku?

Leon dzięki instrukcji Alice trafił do jej pokoju. Wydawał się jasny. Dlaczego wydawał? Okno było zasłonięte zasłonami mimo nie najlepszej pogody, więc było ciemnawo. W pokoju znajdowało się łóżko, komoda, fortepian, toaletka i lustro. Jedno zdziwiło chłopaka. Lustro było zasłonięte. Dlaczego? Nie wiedział. Ale chciał wiedzieć.
Przysiadł do fortepianu i zobaczył na pulpicie nuty plus słowa piosenki. Zerknął po dwa razy na tekst i nuty. I zaczął grać. Po kilku sekundach do muzyki doszły słowa piosenki.

She says save me, save me
He says maybe, maybe…
He starts to turn away when she says…

Hate me
Break me
Let me feel as hurt as you
Push me
Crush me
But promise me you’ll never let us go

– Tak, wszystko w porządku – powiedziała zalana łzami.
– Czy ty płaczesz? – Spytała, podchodząc do władczyni.
– Nie płaczę! Ja nigdy nie płaczę! – Wrzasnęła.
Alice spuściła wzrok. I zagryzła wargę.
– Przykro mi, że nie mogłam uratować ciebie i rodziców – powiedziała, przytulając Lizzie.
Nagle kobieta usłyszała melodię. Melodię, którą grała dla niej kiedyś Alice i kazała nikomu o niej nie mówić. Mówiła ona o tym, jak czuła się przez rok pobytu w Houndstich Home.
– Alice, słyszysz? – Zapytała.
– Wybacz, Elizabeth – powiedziała, biegnąc do swojego pokoju ze łzami w oczach.
Kiedy była pod pokojem i usłyszała słowa piosenki, zsunęła się po ścianie. Podkuliła nogi i schowała w nie głowę. Po jej policzkach płynęły łzy, a głowa została zalana milionem wspomnień. Nienawidziła takich chwil. Były one najgorsze.

Gdy Leon skończył grać, wstał i wyjrzał na Alice, gdy zobaczył ją, skuloną pod ścianą, przykucnął i objął ją, jak najszczelniej się dało. Alice wtuliła się w niego, łkając. Tak bardzo teraz nie chciała go puszczać.
– Pozwól mi poczuć, jak bardzo czułaś się wtedy skrzywdzona...

3 komentarze:

  1. Informacja z ostatniej chwili.
    Na honku będę może za jakieś...Dwie godziny?
    Bynajmniej tak się postaram, ale nie wiem co z tego wyniknie.

    Zajebisty!

    Biedna Alice. Cierpi, ale Leon zawsze w pogotowiu i jej pomoże.

    Nie mogę się przyzwyczaić do tego parringu i chyba się nie przyzwyczaje.

    Do następnego!

    Maddy ❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mi się podoba to co piszesz😄
    Z niecierpliwością czekam na następny rozdział.
    Pozdrawiam😄❤

    OdpowiedzUsuń