Alice wraz z Leonem weszła do pokoju. Usiedli na łóżku. Naprzeciwko siebie. Alice nie patrzyła Leonowi w oczy, trzęsła się ze strachu przed rozmową i szczękała zębami.
— Więc... — zaczął. — Opowiesz mi, jak to było?
— Co mam ci opowiedzieć? Że straciłam rodzinę? Że byłam w psychiatryku? Że byłam molestowana? Że zakochałam się w człowieku, który chciał mnie skrzywdzić? A może, że miałam... – przerwała.
Zaczęła jej narastać gula w gardle. Nie mogła nic z siebie wykrztusić.
— Co miałaś? — Spytał. — I proszę. Nie mów, że nie ważne. Jeśli się nie dowiem, nie będę mógł ci pomóc. Chcę żebyś mi ufała. Nie chcę, żebyś miała przede mną tajemnice – powiedział, łapiąc jej dłoń.
Alice westchnęła, przełknęła gulę i zamknęła oczy, łapiąc powietrze w płuca.
— Nie chcę. Boję się. Nie chcę być znowu skrzywdzona tak jak wtedy.
— Dobrze. Nie to nie, ale wiedz, że zależy mi na twoim dobru.
Alice spojrzała mu w końcu w oczy. Przysunęła się do niego i przytuliła. Zaczęła łkać. To było silniejsze od niej.
Znów czuła się tak jak podczas pobytu w Houndstich. Czuła się jakby jej dusza była poobijana, posiniaczona. Czuła się jakby straciła godność. Tak jak wtedy zresztą. Ale najgorzej cały czas było z sercem, gdyż ból był ogromny. Czuła się jakby jej serce było rozrywane na kawałki, które znów będzie musiała poskładać. A co jeśli nie da rady? W końcu już raz prawie się poddała.
Leon widział w jej oczach niewyobrażalny ból. Chciał chociaż trochę go uśmierzyć. Jakkolwiek, byleby Alice nie musiała cierpieć, tak jak dotychczas. Wiedział, że to cud, że ona w ogóle mu zaufała. Nie dziwił się. Tak było też z Larą. Tyle że Alice wydawała się być jeszcze bardziej poturbowana. Szczególnie jej poczucie własnej wartości, sposób w jaki na siebie patrzyła. Dowodem na to było zasłonięte lustro. Najważniejsze dla Leona było to zmienić. Chciał by dziewczyna znów wiedziała, że jest ważna, że nie jest gorsza od innych. Ale w jego głowie narodziło się pytanie.
Jak to zrobić?
Następnego dnia musiał iść do Studio. Co prawda, wolał nie iść i pójść do Alice. I pewnie by to zrobił gdyby nie koncert, który jest za dwa tygodnie.
Drogę do Studio spędził na intensywnym myśleniu, o tym jak pomóc przyjaciółce. Pewnie nie zdziwię was jeżeli powiem, że nic nie wymyślił.
— Leon! — wrzasnął Maxi.
Chłopak przekręcił głowę w stronę przyjaciela.
— Broduey coś do ciebie mówi.
— Sorry, nie słuchałem. Możesz powtórzyć?
— Kogo bierzesz ze sobą na koncert? — mówił powoli, jakby żartował z niego.
Leon aż wyprostował się i uśmiechnął szeroko. Po chwili opanował się i znowu lekko zgarbił.
— Przyjaciółkę.
— Znamy ją? — rzekł Maximilian.
— Nie. I nie poznacie, jeżeli się nie zgodzi.
— Czemu miałaby nie? — spytał Afroamerykanin.
— Powiedzmy, że nie do końca ufa ludziom.
Chłopacy popatrzyli na niego z lekko otwartymi ustami, przy czym zaczęli szybko mrugać.
— Co?
— Nie, nic — rzekł Maxi, drapiąc się po karku.
Will you rescue me
You can set me free
Will you break these chains
Stop me falling
Will you rescue me
Give me air to breathe
Help these eyes to see
Will you come and rescue me
— O kim myślisz, Alice? — wymruczał kot, kiedy ta przestała grać na fortepianie.
— O nikim — powiedziała, podpierając brodę na dłoni.
— Och, jak ty nie umiesz kłamać, dziecko.
— Nie jestem dzieckiem! — fuknęła.
— Jakby nie patrząc przepaść między twoim a moim wiekiem jest kolosalna, więc mogę na ciebie mówić dziecko.
Dziewczyna przewróciła oczami i westchnęła ciężko. Czemu on zawsze musi mieć rację?
Nagle usłyszeli pukanie do drzwi pokoju. Zerknęli w ich stronę i zobaczyli uśmiechającego się od ucha do ucha Leona.
— Mogę wejść? — spytał.
— Jasne. A ty, Cheshire, chyba powinieneś iść — powiedziała, patrząc na kota.
— Ależ nie będę przeszkadzał! Będę cicho jak mysz pod miotłą.
— Właśnie chyba jedną zauważyłam — powiedziała wychylając się by spojrzeć na wejście, w którym stał Leon.
— Gdzie?! — wrzasnął Chesh.
— Poleciała na korytarz — oznajmił Leon.
Kot natychmiast wyleciał z sypialni jak torpeda. Dwójka przyjaciół zaczęła się śmiać. Chłopak zamknął drzwi i popatrzył na czarnowłosą, która śmiała się wniebogłosy.
— To nam się udało — przyznał.
— Zgadzam się — rzekła z chichotem. — Wścibska bestia.
— Niczym moja własna siostra.
— Masz siostrę?
— Tak, młodszą, która chce cię poznać — odrzekł.
— Powiedziałeś jej o mnie?
— Tak.
— Oszalałeś?! — krzyknęła.
— Daj spokój! Przecież nie powiedziałem jej wszystkiego.
Alice westchnęła i usiadła na łóżku.
— Jak myślisz, jak szybko zauważy, że go wkręciliśmy? — zapytała.
— Zależy, jak głupi jest. Andreas latał z szufelką po domu dwie godziny, szukając rzekomej myszy — powiedział, siadając obok niej.
Alice tak zaczęła się śmiać, że mało co nie zaczęła płakać. Nagle chłopak chwycił jej dłoń. Zielonooka spojrzała na niego widocznie zaskoczona tym, jak blisko był. Drugą ręką odgarnął jej pasmo włosów za ucho, a po chwili przeniósł ją na jej policzek. Ich oczy zaczęły się zamykać, a wargi niebezpiecznie do siebie zbliżać. Chwilkę później ich usta połączyły się w pocałunku. Alice chętnie oddawała pocałunek, zarzucając ręce na jego szyję.
Nagle do pokoju wparował Cheshire z zamiarem nawrzeszczenia na dwójkę nastolatków, jednak gdy zobaczył, co się dzieje, położył się na ziemi i zaczął im przyglądać.
niedziela, 11 czerwca 2017
sobota, 15 kwietnia 2017
Łzy
Czas obu przyjaciół mijał na zabawie i wygłupianiu się. Cheshire był zdumiony tym, jak Leon działał na Alice.
Bawili się ze sobą świetnie. A przynajmniej do chwili, gdy Alice nie zaczęła opadać z sił.
– Chcesz odpocząć? – Spytał.
– Nie, chcę abyś odprowadził mnie do pałacu Kier.
– Trochę, tak jakby, nie chcę się narazić na ścięcie głowy – powiedział, drapiąc się po karku.
– Daj spokój, zmieniła się – odrzekła, składając ręce, jak do modlitwy.
– Cholera jasna! Dobrze!
Alice uśmiechnęła się do niego promiennie, po czym oboje zaczęli iść. Nagle Leon stanął i spojrzał na czarnowłosą.
– Co? – Spytała, widząc, że chłopak przestał iść i patrzy się na nią.
– Wziąć cię na barana? – Zachichotał.
– Żartujesz prawda?
– Nie – rzekł, po czym klęknął, by Alice mogła wejść. – Wskakuj.
– Jesteś pewien? Jestem strasznie ciężka.
– Nie wyglądasz – mruknął. – Wskakuj. Na pewno nie jest tak źle.
– Skoro tak mówisz. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałam.
Po tych słowach wlazła na plecy Leona. Ten z niemałym trudem wstał i zaczął iść. W trakcie drogi Alice spytała:
– I jak? Nieciężko ci?
– Nie... No skąd? Praktycznie cię nie czuję! – Mówił z sarkazmem.
– Ale ja przecież ostrzegałam.
Leon przewrócił oczami. Nagle zaczął udawać, że się chwieje. Alice złapała się mocniej jego szyi i zacisnęła mocno powieki.
– Leon! – Wydarła się przerażona.
Ten zaczął się śmiać i żartować z niej.
– Idiota, głupek, kretyn... – zaczęła po kolei wymieniać i bić go po głowie. – Do końca życia ci tego nie wybaczę!
– Mhm... Oczywiście, że nie.
– A żebyś wiedział. Już w życiu się do ciebie nie odezwę!
– Ach tak? – Spytał i postawił ją.
Ta pokiwała głową. Leon schylił się trochę i zbliżył swoją twarz do jej. Ich usta dzieliły milimetry. Oddechy mieszały się ze sobą, a na twarzy Alice pojawił się czerwony rumień. Zielonooka miała ochotę uciec, jak najdalej, ale z drugiej strony...
Nagle Leon uśmiechnął się do niej i chwycił ją w pasie, po czym zawiesił ją sobie na ramieniu.
– Leon! Puść mnie w tej chwili! – Krzyknęła, waląc pięściami w jego plecy, a szatyn uśmiechnął się.
– I co? Gdzie podziało się to twoje "w życiu się do ciebie nie odezwę", hę?
Alice tylko prychnęła.
– Zniknęło wraz z oszołomieniem.
– Ale podobało ci się – wywnioskował.
Twarz czarnowłosej znów zrobiła się czerwona.
– Cicho bądź – mruknęła, a zielonooki zaśmiał się pod nosem.
Szedł tak z Alice na plecach, gdy przypomniała mu się scena ze Shreka. W tym całym zajściu brakowało tylko osła. Wtedy Leon pomyślał o Andreasie, który bardzo przypominał mu tego bohatera.
Niósł dziewczynę aż pod pałac królowej Kier. Kiedy byli na miejscu postawił ją na ziemi.
– Nareszcie! – Powiedziała szczęśliwa, że stoi, a nie jest noszona.
Oboje weszli do środka. Chłopak był oszołomiony wielkością zamku. Zaczęli podążać w stronę komnaty Alice. Szli w ciszy. Przynajmniej do póki dziewczyna nie zauważyła królowej, która była w nie najlepszym humorze.
– Leon, mam prośbę. Pójdziesz sam do mojego pokoju?
– Jasne, ale gdzie on jest?
– Wejdziesz po schodach na trzecie piętro i pójdziesz prawą stroną do końca korytarza. Ostatnie drzwi to mój pokój – wyjaśniła.
– W porządku. Zobaczymy się na miejscu.
Po tych słowach chłopak ruszył w swoją stronę, a Alice wkroczyła do sali tronowej.
– Lizzie, wszystko w porządku?
Leon dzięki instrukcji Alice trafił do jej pokoju. Wydawał się jasny. Dlaczego wydawał? Okno było zasłonięte zasłonami mimo nie najlepszej pogody, więc było ciemnawo. W pokoju znajdowało się łóżko, komoda, fortepian, toaletka i lustro. Jedno zdziwiło chłopaka. Lustro było zasłonięte. Dlaczego? Nie wiedział. Ale chciał wiedzieć.
Przysiadł do fortepianu i zobaczył na pulpicie nuty plus słowa piosenki. Zerknął po dwa razy na tekst i nuty. I zaczął grać. Po kilku sekundach do muzyki doszły słowa piosenki.
She says save me, save me
He says maybe, maybe…
He starts to turn away when she says…
Hate me
Break me
Let me feel as hurt as you
Push me
Crush me
But promise me you’ll never let us go
– Tak, wszystko w porządku – powiedziała zalana łzami.
– Czy ty płaczesz? – Spytała, podchodząc do władczyni.
– Nie płaczę! Ja nigdy nie płaczę! – Wrzasnęła.
Alice spuściła wzrok. I zagryzła wargę.
– Przykro mi, że nie mogłam uratować ciebie i rodziców – powiedziała, przytulając Lizzie.
Nagle kobieta usłyszała melodię. Melodię, którą grała dla niej kiedyś Alice i kazała nikomu o niej nie mówić. Mówiła ona o tym, jak czuła się przez rok pobytu w Houndstich Home.
– Alice, słyszysz? – Zapytała.
– Wybacz, Elizabeth – powiedziała, biegnąc do swojego pokoju ze łzami w oczach.
Kiedy była pod pokojem i usłyszała słowa piosenki, zsunęła się po ścianie. Podkuliła nogi i schowała w nie głowę. Po jej policzkach płynęły łzy, a głowa została zalana milionem wspomnień. Nienawidziła takich chwil. Były one najgorsze.
Gdy Leon skończył grać, wstał i wyjrzał na Alice, gdy zobaczył ją, skuloną pod ścianą, przykucnął i objął ją, jak najszczelniej się dało. Alice wtuliła się w niego, łkając. Tak bardzo teraz nie chciała go puszczać.
– Pozwól mi poczuć, jak bardzo czułaś się wtedy skrzywdzona...
Bawili się ze sobą świetnie. A przynajmniej do chwili, gdy Alice nie zaczęła opadać z sił.
– Chcesz odpocząć? – Spytał.
– Nie, chcę abyś odprowadził mnie do pałacu Kier.
– Trochę, tak jakby, nie chcę się narazić na ścięcie głowy – powiedział, drapiąc się po karku.
– Daj spokój, zmieniła się – odrzekła, składając ręce, jak do modlitwy.
– Cholera jasna! Dobrze!
Alice uśmiechnęła się do niego promiennie, po czym oboje zaczęli iść. Nagle Leon stanął i spojrzał na czarnowłosą.
– Co? – Spytała, widząc, że chłopak przestał iść i patrzy się na nią.
– Wziąć cię na barana? – Zachichotał.
– Żartujesz prawda?
– Nie – rzekł, po czym klęknął, by Alice mogła wejść. – Wskakuj.
– Jesteś pewien? Jestem strasznie ciężka.
– Nie wyglądasz – mruknął. – Wskakuj. Na pewno nie jest tak źle.
– Skoro tak mówisz. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałam.
Po tych słowach wlazła na plecy Leona. Ten z niemałym trudem wstał i zaczął iść. W trakcie drogi Alice spytała:
– I jak? Nieciężko ci?
– Nie... No skąd? Praktycznie cię nie czuję! – Mówił z sarkazmem.
– Ale ja przecież ostrzegałam.
Leon przewrócił oczami. Nagle zaczął udawać, że się chwieje. Alice złapała się mocniej jego szyi i zacisnęła mocno powieki.
– Leon! – Wydarła się przerażona.
Ten zaczął się śmiać i żartować z niej.
– Idiota, głupek, kretyn... – zaczęła po kolei wymieniać i bić go po głowie. – Do końca życia ci tego nie wybaczę!
– Mhm... Oczywiście, że nie.
– A żebyś wiedział. Już w życiu się do ciebie nie odezwę!
– Ach tak? – Spytał i postawił ją.
Ta pokiwała głową. Leon schylił się trochę i zbliżył swoją twarz do jej. Ich usta dzieliły milimetry. Oddechy mieszały się ze sobą, a na twarzy Alice pojawił się czerwony rumień. Zielonooka miała ochotę uciec, jak najdalej, ale z drugiej strony...
Nagle Leon uśmiechnął się do niej i chwycił ją w pasie, po czym zawiesił ją sobie na ramieniu.
– Leon! Puść mnie w tej chwili! – Krzyknęła, waląc pięściami w jego plecy, a szatyn uśmiechnął się.
– I co? Gdzie podziało się to twoje "w życiu się do ciebie nie odezwę", hę?
Alice tylko prychnęła.
– Zniknęło wraz z oszołomieniem.
– Ale podobało ci się – wywnioskował.
Twarz czarnowłosej znów zrobiła się czerwona.
– Cicho bądź – mruknęła, a zielonooki zaśmiał się pod nosem.
Szedł tak z Alice na plecach, gdy przypomniała mu się scena ze Shreka. W tym całym zajściu brakowało tylko osła. Wtedy Leon pomyślał o Andreasie, który bardzo przypominał mu tego bohatera.
Niósł dziewczynę aż pod pałac królowej Kier. Kiedy byli na miejscu postawił ją na ziemi.
– Nareszcie! – Powiedziała szczęśliwa, że stoi, a nie jest noszona.
Oboje weszli do środka. Chłopak był oszołomiony wielkością zamku. Zaczęli podążać w stronę komnaty Alice. Szli w ciszy. Przynajmniej do póki dziewczyna nie zauważyła królowej, która była w nie najlepszym humorze.
– Leon, mam prośbę. Pójdziesz sam do mojego pokoju?
– Jasne, ale gdzie on jest?
– Wejdziesz po schodach na trzecie piętro i pójdziesz prawą stroną do końca korytarza. Ostatnie drzwi to mój pokój – wyjaśniła.
– W porządku. Zobaczymy się na miejscu.
Po tych słowach chłopak ruszył w swoją stronę, a Alice wkroczyła do sali tronowej.
– Lizzie, wszystko w porządku?
Leon dzięki instrukcji Alice trafił do jej pokoju. Wydawał się jasny. Dlaczego wydawał? Okno było zasłonięte zasłonami mimo nie najlepszej pogody, więc było ciemnawo. W pokoju znajdowało się łóżko, komoda, fortepian, toaletka i lustro. Jedno zdziwiło chłopaka. Lustro było zasłonięte. Dlaczego? Nie wiedział. Ale chciał wiedzieć.
Przysiadł do fortepianu i zobaczył na pulpicie nuty plus słowa piosenki. Zerknął po dwa razy na tekst i nuty. I zaczął grać. Po kilku sekundach do muzyki doszły słowa piosenki.
She says save me, save me
He says maybe, maybe…
He starts to turn away when she says…
Hate me
Break me
Let me feel as hurt as you
Push me
Crush me
But promise me you’ll never let us go
– Tak, wszystko w porządku – powiedziała zalana łzami.
– Czy ty płaczesz? – Spytała, podchodząc do władczyni.
– Nie płaczę! Ja nigdy nie płaczę! – Wrzasnęła.
Alice spuściła wzrok. I zagryzła wargę.
– Przykro mi, że nie mogłam uratować ciebie i rodziców – powiedziała, przytulając Lizzie.
Nagle kobieta usłyszała melodię. Melodię, którą grała dla niej kiedyś Alice i kazała nikomu o niej nie mówić. Mówiła ona o tym, jak czuła się przez rok pobytu w Houndstich Home.
– Alice, słyszysz? – Zapytała.
– Wybacz, Elizabeth – powiedziała, biegnąc do swojego pokoju ze łzami w oczach.
Kiedy była pod pokojem i usłyszała słowa piosenki, zsunęła się po ścianie. Podkuliła nogi i schowała w nie głowę. Po jej policzkach płynęły łzy, a głowa została zalana milionem wspomnień. Nienawidziła takich chwil. Były one najgorsze.
Gdy Leon skończył grać, wstał i wyjrzał na Alice, gdy zobaczył ją, skuloną pod ścianą, przykucnął i objął ją, jak najszczelniej się dało. Alice wtuliła się w niego, łkając. Tak bardzo teraz nie chciała go puszczać.
– Pozwól mi poczuć, jak bardzo czułaś się wtedy skrzywdzona...
niedziela, 19 lutego 2017
Walc na lodzie
–
Pleasance...
Alice
spojrzała na niego przez ramię. Gdyby wzrok potrafił zabijać, Leon już
wykrwawiałby się.
Nie
znosiła, gdy mówiono do niej jej drugim imieniem. Nie znosiła go prawie tak
samo, jak Bumby’ego.
–
Jak mnie nazwałeś, Verdas? – Rzuciła w jego stronę.
–
Wreszcie się odezwałaś!
–
Odczepiłbyś się łaskawie, wiesz?
–
Co cię ugryzło? – Spytał podchodząc do niej bliżej.
–
Dziękuję, że mnie uprzedziłeś, że nie przyjdziesz – Powiedziała smutno i zaczęła pocierać swoje
ramiona.
Leon
spuścił wzrok. Po chwili zamknął oczy i nabrał powietrza w płuca.
–
Przepraszam, że cię nie uprzedziłem. Miałem już dość tamtego dnia. Chciałem
przyjść, ale po prostu byłem zmęczony.
Dziewczyna
odwróciła się twarzą do niego i zacisnęła usta w prostą linię. Podeszła do
niego jeszcze bliżej. Leon już myślał, że oberwie, gdy, ku jego zdziwieniu,
czarnowłosa go przytuliła. Alice chwyciła na jego plecach materiał jeansowej
koszuli i ścisnęła go w pięściach.
Leon
otworzył szeroko oczy, gdy zdał sobie sprawę z tego, że tym razem to Alice go
przytuliła, a nie na odwrót.
Po
niedługim czasie również ją objął.
Pomimo
braku uśmiechu ze strony dziewczyny, w środku była szczęśliwa, że w końcu ma
kogoś, kto ją obejmie, kogoś komu wreszcie na niej zależy. Była szczęśliwa, że
wreszcie ma przyjaciela.
–
Obiecaj mi coś – wyszeptała.
–
Co takiego?
–
Obiecaj mi, że jak będę kazała ci byś się ode mnie odczepił lub dał mi spokój;
nie będziesz zadawał żadnych pytań i po prostu mnie przytulisz.
–
Obiecuję, przyjaciółko.
Po
słowach Leona, dziewczynie zrobiło się ciepło na sercu.
Puściła
chłopaka i odsunęła się od niego. Spojrzała na jego prawą rękę, w której miał
dwie książki. Alice zmarszczyła brwi, zastanawiając się dla kogo mogą one być.
Ale skoro przyszedł z nimi tutaj to...
–
A, właśnie, mam coś dla ciebie – odrzekł, podając jej dwie książki.
Jedna
była zatytułowana "Alicja w Krainie Czarów", druga zaś "Alicja
po drugiej stronie lustra".
–
Kojarzysz może Charlesa Dodgson'a?
–
Tak, był przyjacielem rodziny. Zawsze wysłuchiwał moich opowiadań o Krainie
Czarów, ale co on ma do rzeczy?
–
Napisał te książki pod pseudonimem Lewis Carroll. Obie są o tobie.
Alice
ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Dodgson napisał książki o niej i Krainie
Czarów?
–
Dziękuję, Verdas.
–
Słuchaj, Alice... może zaczniesz mówić do mnie po imieniu?
–
Od dziecka byłam przyzwyczajona do mówienia do wszystkich po nazwisku, ale
spróbuję się od tego odzwyczaić.
Po
jej słowach, na twarzy chłopaka pojawił się szeroki, szczery uśmiech. Jednak
nie tylko on się szeroko uśmiechał.
Nad
nimi, na niebie, znajdował się szeroki koci uśmiech. Obserwował ich dłuższy
czas. Patrzył jak spacerują, jak Alice była wtulona w ramię Leona, jak razem
rozmawiają. Jak cieszą się swoją obecnością.
Było
to widać nawet u dziewczyny, która swoje uczucia trzyma głęboko i stara się ich
nie okazywać.
Ich
spacer, jak się można było spodziewać, wiódł prosto do Tundraful. To co tam się
stało wywołało zdziwienie u kota.
–
Co powiedz na łyżwy? – Zaproponował chłopak.
–
Wiesz ja… nigdy nie jeździłam na łyżwach…
–
To proste, zobaczysz.
Z
ust Alice dało się usłyszeć ciche westchnienie.
–
Jeśli nie chcesz, nie będę naciskał – zapewnił, kładąc dłoń na jej ramieniu.
Dziewczyna
zamknęła oczy, jakby coś sobie wyobrażała. W jednej chwili na stopach obojga,
pojawiły się łyżwy.
Czarnowłosa
popatrzyła na Leona jakby prosiła o pomoc. Szatyn tylko zachichotał i złapał
jej dłoń.
–
Nie bój się – szepnął do jej ucha. – Nie będę puszczał.
Alice
zamrugała kilka razy i przełknęła ślinę. Miała wrażenie, że jej żołądek właśnie
zrobił fikołka. Pomimo ostrego klimatu Tundraful, nagle zrobiło jej się gorąco,
a jej policzki nabrały lekko różowego koloru i była wręcz pewna, że to nie
przez zimno.
Leon
pociągnął ją na zamarzniętą część oceanu. Prowadził ją powoli, tak aby się nie
przewróciła. Bardzo chciał by Alice spojrzała mu w oczy. Chciał wiedzieć, co
takiego było w tych zielonych oczach, czego nie mógł rozgryźć.
Po
chwili Leon stanął naprzeciwko niej, co zmusiło ją do spojrzenia na niego.
Chłopak
chwycił lewą ręką jej wąską talię, a prawą jej małą dłoń. Alice niemal mogła
poczuć ciepło bijące od przyjaciela.
Powoli
zaczęła kłaść swoją drugą dłoń na ramieniu Verdasa.
Leon
zaczął prowadzić ich taniec. Dosłownie Walc angielski na łyżwach.
Wiatr
zdawał się grać dla nich melodię idealną.
Cheshire
przyglądał się temu zdarzeniu bardzo uważnie. Śledził wszystkie ruchy pary, a w
jego oku kręciła się łza szczęścia.
Alice
wreszcie znalazła kogoś przy kim jest szczęśliwa.
To
nic, że nie okazywała tego, na przykład uśmiechem, czy gestami. Jej oczy
zdradzały dosłownie wszystko. Rzecz jasna, nadal było wydać w nich niepewność,
to zupełnie zrozumiałe po tym, co przeżyła, ale jednak szczęście tym razem
dominowało.
Oczywiście
kot doskonale wiedział, że oni to zupełnie dwie różne bajki.
Widać
było, że Leon jest lekko roztargniony, dziecinny, wygadany, a Alice była jego
zupełną przeciwnością, zawsze była zorganizowana, poważna i nie mówiła za dużo.
Dopełniali się, jak Yin i Yang.
Nagle
kot zaczął uśmiechać się szerzej i bardziej szczerze niż zwykle, ale był też zdziwiony.
Widział jak Alice i Leon przewracają się. Ale nie to go tak ucieszyło i
zdziwiło za razem.
Alice
i Leon śmieli się w niebogłosy. Zdziwienie Leona, jak i Cheshire nie miało
końca.
–
O boże! Ty się śmiejesz! – Zawołał chłopak.
–
Co w tym dziwnego? – Spytała nadal się chichrając.
–
Nic.
–
Przepraszam, że na ciebie upadłam – powiedziała, a ich łyżwy zniknęły.
Leon
podniósł się z lodu i pomógł Alice wstać.
–
Naprawdę mnie przepraszasz?
–
Nie – ponownie zachichotała.
–
Ty okropna zołzo! – Wrzasnął i wziął ją na ręce.
–
Verdas! Puść mnie! – Krzyknęła przez śmiech.
Naprawdę
nie potrafiła się opanować, z resztą chłopakowi to też nie wychodziło.
–
W życiu, jeżeli nie powiesz, że jestem bystrym chłopakiem i bazgrzesz „Pani
Alice Verdas” po całym swoim pamiętniku!
–
Nigdy tego nie powiem!
–
Tak? – Zapytał.
–
Tak – potwierdziła.
–
No dobra.
Nim
się obejrzała, została wrzucona do wody. Nie czekała długo aż Leon również skoczy do oceanu, ochlapując ją przy okazji.
–
Ale z ciebie idiota, Verdas.
czwartek, 16 lutego 2017
Zawód
Następnego dnia, Leon wstał z przeczuciem, że dostanie niezły opieprz.
Znał Violettę lepiej niż własną kieszeń i wiedział, co ją najbardziej wkurza, a olewanie jej przez niego wkurzało ją chyba najbardziej.
Jednak jego myśli zaprzątała pewna kruczowłosa dziewczyna, która na bank będzie zawiedziona tym, że nie przyjdzie.
Przez cały dzień nie wiedział, co ze sobą zrobić. Chodził wte i wewte. Od gitary, do fortepianu. Jakie było jego szczęście, gdy wreszcie wybiło wpół do trzeciej i mógł powoli iść do Resto. Gdy wyszedł, spojrzał na krzew róż, pod którym znajdowała się nora. Leon miał ochotę coś sobie zrobić.
Dobrze wiedział, jak Alice może się poczuć, ale nie uprzedził jej, że nie przyjdzie.
Westchnął cicho i nieszybkim krokiem zaczął iść do Resto.
W barze był za pięć trzecia. Przysiadł do stolika gdzieś, gdzie będzie mógł na spokojnie porozmawiać z Violettą.
Zdążył zamówić sobie i dziewczynie soki pomarańczowe, gdy do stolika podeszła Violetta.
Znał Violettę lepiej niż własną kieszeń i wiedział, co ją najbardziej wkurza, a olewanie jej przez niego wkurzało ją chyba najbardziej.
Jednak jego myśli zaprzątała pewna kruczowłosa dziewczyna, która na bank będzie zawiedziona tym, że nie przyjdzie.
Przez cały dzień nie wiedział, co ze sobą zrobić. Chodził wte i wewte. Od gitary, do fortepianu. Jakie było jego szczęście, gdy wreszcie wybiło wpół do trzeciej i mógł powoli iść do Resto. Gdy wyszedł, spojrzał na krzew róż, pod którym znajdowała się nora. Leon miał ochotę coś sobie zrobić.
Dobrze wiedział, jak Alice może się poczuć, ale nie uprzedził jej, że nie przyjdzie.
Westchnął cicho i nieszybkim krokiem zaczął iść do Resto.
W barze był za pięć trzecia. Przysiadł do stolika gdzieś, gdzie będzie mógł na spokojnie porozmawiać z Violettą.
Zdążył zamówić sobie i dziewczynie soki pomarańczowe, gdy do stolika podeszła Violetta.
– Cześć, Vilu – przywitał ją z uśmiechem.
– Czy ty masz pojęcie, jak ja się o ciebie martwiłam? Gdzie wczoraj byłeś cały dzień?
– Byłem u znajomego. To nic takiego, Violetta, usiądź i się nie spinaj tak.
– Nawet mnie nie denerwuj!
– Alice, proszę cię.
– Czekaj, jak ty mnie nazwałeś?
Cheshire obserwował Alice od rana.
Chodziła bez celu. Nie wiedział, czy coś ją gnębi, cieszy, denerwuje. A może raczej złości?
To jak ta dziewczyna potrafiła doskonale ukrywać swoje emocje pod maską obojętności zawsze doprowadzało go do szału.
Chodziła bez celu. Nie wiedział, czy coś ją gnębi, cieszy, denerwuje. A może raczej złości?
To jak ta dziewczyna potrafiła doskonale ukrywać swoje emocje pod maską obojętności zawsze doprowadzało go do szału.
– Co porabiasz, Alice?
Dziewczyna się nie odezwała. Odgarnęła tylko swoje czarne włosy za ucho.
– Alice, nie ignoruj mnie.
Znowu cisza. Kota zaczęło to coraz bardziej irytować.
– Do jasnej cholery, dziewczyno! Odpowiedz mi na moje pytanie w tej chwili!
– Daj mi spokój – powiedziała smutno.
Jej oczy wpatrywały się w czubki jej czarnych butów, a ręce miała skrzyżowane pod piersiami.
– Znów to zrobiłaś? – Syknął.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Nie udawaj głupiej, bo oboje dobrze wiemy, o co mi chodzi.
– Od dawna tego nie robiłam – powiedziała, siadając na ziemi. – Ale mam wrażenie, że właśnie tego teraz potrzebuję.
– Violetta, do jasnej cholery! Nie zachowuj się, jak dziecko!
– Zamknij się – warknęła. – Do zobaczenia w studio.
– Zamknij się – warknęła. – Do zobaczenia w studio.
Po pożegnaniu wyszła z baru.
Leon odchylił głowę do tyłu i westchnął ciężko.
Po kilku minutach wstał z krzesła i podszedł do lady by zapłacić za soki.
Wychodząc z Resto nie pokierował się bezpośrednio do domu. Zboczył trochę z drogi, by móc iść w swoje miejsce. Tam mógł poskładać myśli, wyciszyć się, odpocząć.
Usiadł pod jednym z drzew, które rzucało na ziemię cień i rozmyślał.
Próbował skupić myśli na Violettcie, koncercie, na czymkolwiek innym niż ona. Jednak jedyne o czym był w stanie myśleć to ona.
Myślał, co jeszcze mogła przejść w swoim życiu. Ile dobrego i ile złego wydarzyło się przez jej całe życie. Ale najbardziej myślał o tym, jak musi być zawiedziona tym, że nie przyszedł.
Z jednej strony chciał iść teraz, ale z drugiej miał dość tego dnia.
Siedział w swojej kryjówce z godzinę, może półtorej. Wracając do domu znów popatrzył na różany krzew. Przeszedł obok niego nieobojętnie. Korciło go by spotkać się z Alice, ale jednak postanowił dać sobie na ten dzień spokój.
Następnego dnia, gdy tylko obudził się i wstał z łóżka zaczął się ubierać. Podczas tej czynności, wpadł na pewien pomysł.
– Meg? – Powiedział, wyłaniając się zza drzwi od jej pokoju.
– Tak, Leon?
– Masz jeszcze te książki o Alice?
– Tak, i po hiszpańsku i po angielsku, a co?
– Tak, i po hiszpańsku i po angielsku, a co?
– Mogę je pożyczyć?
– Jasne!
Leon wziął książki i wyszedł z pokoju jego siostry.
Schodząc do salonu, zatrzymała go jego matka.
– Nie zjesz śniadania?
– Nie jestem głodny i trochę się spieszę – odparł przechodząc szybkim krokiem do przedpokoju.
– Idziesz się spotkać z Violettą? – Spytał nagle ojciec chłopaka.
– Nie, idę się spotkać z przyjaciółką – powiedział i wyszedł z domu.
Podbiegł jak najszybciej do nory, po czym wskoczył do niej.
Gdy był na miejscu; odetchnął z ulgą, że tym razem pojawił się w Dolinie Łez i nie jest narażony na laskę Szalonego Kapelusznika.
Przeszedł większą część Doliny i nagle napotkał Alice. Gdy ta go zobaczyła, od razu zaczęła odchodzić.
– Alice, czekaj!
Dziewczyna nie reagowała.
– Alice, no! Czekaj chwilę!
Dalej nie było żadnej reakcji. Szła przed siebie, nie zważając na wołanie Leona. Ten był już z lekka podirytowany. Jęknął wkurzony na siebie i nagle do głowy wpadł mu pewien pomysł.
– Pleasance...
niedziela, 29 stycznia 2017
Myślami kompletnie gdzie indziej
Po rozmowie z Alice, Leon przebywał w Krainie Czarów jeszcze dłuższy czas. Bał się, że dziewczyna coś sobie zrobi po rozpamiętywaniu nieprzyjemnych wydarzeń.
Gdy był w prawdziwym świecie, był wieczór. Wszedł do domu i od razu poczuł niewielki ciężar. Popatrzył na dół i od razu zobaczył, jak niebieskie oczy wpatrują się w niego z radością.
Gdy był w prawdziwym świecie, był wieczór. Wszedł do domu i od razu poczuł niewielki ciężar. Popatrzył na dół i od razu zobaczył, jak niebieskie oczy wpatrują się w niego z radością.
– Cześć, Meg – uśmiechnął się w stronę młodszej siostry.
– Gdzie byłeś? – Spytała ośmiolatka.
– U Violetty.
Dziewczynka skrzywiła się na to imię, ale doskonale wiedziała, że jej brat kłamie.
Nie lubiła dziewczyny swojego brata. Gdy tylko do nich przychodziła, Meghan starała się uprzykrzyć Violettcie życie.
– Kłamiesz – powiedziała. – Mama do niej dzwoniła i powiedziała, że cię nie ma.
– Jesteś sama? – Spytał zmieniając temat.
– Jest ze mną Lara.
– Idź do swojego pokoju, a ja zaraz przyjdę.
– Ale...
– Meghan... – popatrzył na nią.
Dziewczynka westchnęła i poszła po schodach na pierwsze piętro.
Nagle do Leona podeszła Lara. Była opiekunką jego siostry i jego przyjaciółką.
– Gdzie byłeś tyle czasu? – Spytała trochę rozbawiona.
– Nie ważne. Gdzie są rodzice?
– U swoich znajomych. Powiedzieli, że wrócą późno i, że jak wrócisz to masz do nich zadzwonić.
– Jasne. Dzięki za przypilnowanie Meg.
– Spoko – powiedziała z uśmiechem. – Skoro już jesteś to ja lecę. Pa.
– Na razie.
Po pożegnaniu się, Lara wyszła.
Po wyjściu przyjaciółki, Leon poszedł do pokoju swojej siostry, która siedziała w piżamie na łóżku i najwyraźniej na niego czekała.
– To gdzie byłeś, skoro nie u Violetty? – Spytała.
– Obiecaj, że nikomu nie powiesz.
– Słowo!
Alice spacerowała między krewami róż, kopiąc przy okazji płatki, leżące jej na drodze. Była głęboko zamyślona. Raniły ją kolce róż, spadały na nią chłodne płatki, a nawet wrzeszczała Królowa Kier, a jej i tak nic nie wyrwało z zamyślenia. W pewnym momencie ocknęła się. Gdy zdała sobie sprawę, o kim myślała cały czas, zarumieniła się lekko. Myślała o Leonie. O tym, jak powiedział, że przyszedł dla niej, o ich rozmowie, o tym jak wysłuchał jej historii, jak ją ochronił, jak spędził z nią cały dzień. Była to dla niej miła odmiana. Zawsze musiała radzić sobie sama z problemami, musiała udawać, że wszystko jest w porządku i wszystko ukrywać. W zasadzie nic nikomu nie mówiła. O wszystkim wiedział jedynie kot z Cheshire. Teraz widział i Leon...
– A jak wygląda? – Meg zadawała non stop pytania.
O wszystko, jak jest w Krainie Czarów, jak wygląda Szalony Kapelusznik, Kot z Cheshire. Czy widział już Królową Kier.
– Ma czarne włosy i bardzo ładne, duże, zielone oczy.
– A czy przypadkiem Alice nie była blondynką? – Spytała marszcząc brwi.
– Carroll pomylił kilka szczegółów, ale Alice zawsze była czarnowłosą.
– A ile ma lat? Czy jest ładna?
– Z tego co mi mówiła to ma lat osiemnaście. I... zależy, jak ładna.
– Z wyglądu, Leon. Przecież nie można być inaczej ładnym.
– I tu się mylisz, siostrzyczko. Z wyglądu jest bardzo ładna, ale zdaje mi się, że w środku jest jeszcze ładniejsza – odrzekł z uśmiechem i przykrył swoją siostrę kołdrą.
Wstał z łóżka, na którym siedział i już miał gasić światło i wychodzić, gdy zatrzymał go głosik Meghan.
– Leon, czy kiedyś przyjdzie się ze mną pobawić? – Spytała.
– Zapytam ją, jak tylko będę w Krainie Czarów.
W momencie, gdy to powiedział zgasił światło w pokoju i wyszedł, zamykając drzwi. Chłopak poszedł do swojego pokoju. Położył się na łóżku i westchnął ciężko, po czym wziął do ręki komórkę. Miał kilka nieodebranych połączeń i SMS-ów. Wszystkie od Violetty. Ostatni najbardziej zwrócił jego uwagę.
W jego oczach, zielonooka nie wyglądała na osobę, która po takich rzeczach potrafi się szybko pozbierać. Było po niej widać, że przez długi czas nie miała osoby, której mogła się wypłakać. Widać było, jak przez wiele lat była samotna, jak bardzo potrzebowała wsparcia. Ale było też coś w jej oczach, czego nie mógł rozgryźć. Wcześniej wymienione rzeczy widział na początku u Lary. Lecz tego ostatniego nie widział jeszcze u nikogo.
Alice Liddell miała więcej tajemnic niż mogło mu się wydawać. A tą jedną postanowił odkryć.
– To gdzie byłeś, skoro nie u Violetty? – Spytała.
– Obiecaj, że nikomu nie powiesz.
– Słowo!
Alice spacerowała między krewami róż, kopiąc przy okazji płatki, leżące jej na drodze. Była głęboko zamyślona. Raniły ją kolce róż, spadały na nią chłodne płatki, a nawet wrzeszczała Królowa Kier, a jej i tak nic nie wyrwało z zamyślenia. W pewnym momencie ocknęła się. Gdy zdała sobie sprawę, o kim myślała cały czas, zarumieniła się lekko. Myślała o Leonie. O tym, jak powiedział, że przyszedł dla niej, o ich rozmowie, o tym jak wysłuchał jej historii, jak ją ochronił, jak spędził z nią cały dzień. Była to dla niej miła odmiana. Zawsze musiała radzić sobie sama z problemami, musiała udawać, że wszystko jest w porządku i wszystko ukrywać. W zasadzie nic nikomu nie mówiła. O wszystkim wiedział jedynie kot z Cheshire. Teraz widział i Leon...
– A jak wygląda? – Meg zadawała non stop pytania.
O wszystko, jak jest w Krainie Czarów, jak wygląda Szalony Kapelusznik, Kot z Cheshire. Czy widział już Królową Kier.
– Ma czarne włosy i bardzo ładne, duże, zielone oczy.
– A czy przypadkiem Alice nie była blondynką? – Spytała marszcząc brwi.
– Carroll pomylił kilka szczegółów, ale Alice zawsze była czarnowłosą.
– A ile ma lat? Czy jest ładna?
– Z tego co mi mówiła to ma lat osiemnaście. I... zależy, jak ładna.
– Z wyglądu, Leon. Przecież nie można być inaczej ładnym.
– I tu się mylisz, siostrzyczko. Z wyglądu jest bardzo ładna, ale zdaje mi się, że w środku jest jeszcze ładniejsza – odrzekł z uśmiechem i przykrył swoją siostrę kołdrą.
Wstał z łóżka, na którym siedział i już miał gasić światło i wychodzić, gdy zatrzymał go głosik Meghan.
– Leon, czy kiedyś przyjdzie się ze mną pobawić? – Spytała.
– Zapytam ją, jak tylko będę w Krainie Czarów.
W momencie, gdy to powiedział zgasił światło w pokoju i wyszedł, zamykając drzwi. Chłopak poszedł do swojego pokoju. Położył się na łóżku i westchnął ciężko, po czym wziął do ręki komórkę. Miał kilka nieodebranych połączeń i SMS-ów. Wszystkie od Violetty. Ostatni najbardziej zwrócił jego uwagę.
Leon uderzył się poduszką w głowę. Miał się spotkać z Alice, a teraz musi iść do Resto, bo kto wie, jak może się skończyć jego odmowa.
Violetta: Mamy do pogadania. Spotkajmy się jutro w Resto o piętnastej. Chyba, że masz coś innego do roboty.
Leon: Ok, przyjdę. Tylko mnie jutro nie pobij.Odłożył telefon na komodę i ułożył się wygodnie. Przez chwilę wpatrywał wpatrywał się w jeden punkt. Ocknął się dopiero, gdy zdał sobie sprawę z tego, że myślał o Alice. O jej osobie i o tym, co musiała przechodzić po stracie dziecka. Jak musiała cierpieć.
W jego oczach, zielonooka nie wyglądała na osobę, która po takich rzeczach potrafi się szybko pozbierać. Było po niej widać, że przez długi czas nie miała osoby, której mogła się wypłakać. Widać było, jak przez wiele lat była samotna, jak bardzo potrzebowała wsparcia. Ale było też coś w jej oczach, czego nie mógł rozgryźć. Wcześniej wymienione rzeczy widział na początku u Lary. Lecz tego ostatniego nie widział jeszcze u nikogo.
Alice Liddell miała więcej tajemnic niż mogło mu się wydawać. A tą jedną postanowił odkryć.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)