niedziela, 19 lutego 2017

Walc na lodzie

– Pleasance...
Alice spojrzała na niego przez ramię. Gdyby wzrok potrafił zabijać, Leon już wykrwawiałby się.
Nie znosiła, gdy mówiono do niej jej drugim imieniem. Nie znosiła go prawie tak samo, jak Bumby’ego.
– Jak mnie nazwałeś, Verdas? – Rzuciła w jego stronę.
– Wreszcie się odezwałaś!
– Odczepiłbyś się łaskawie, wiesz?
– Co cię ugryzło? – Spytał podchodząc do niej bliżej.
– Dziękuję, że mnie uprzedziłeś, że nie przyjdziesz  – Powiedziała smutno i zaczęła pocierać swoje ramiona.
Leon spuścił wzrok. Po chwili zamknął oczy i nabrał powietrza w płuca.
– Przepraszam, że cię nie uprzedziłem. Miałem już dość tamtego dnia. Chciałem przyjść, ale po prostu byłem zmęczony.

Dziewczyna odwróciła się twarzą do niego i zacisnęła usta w prostą linię. Podeszła do niego jeszcze bliżej. Leon już myślał, że oberwie, gdy, ku jego zdziwieniu, czarnowłosa go przytuliła. Alice chwyciła na jego plecach materiał jeansowej koszuli i ścisnęła go w pięściach.
Leon otworzył szeroko oczy, gdy zdał sobie sprawę z tego, że tym razem to Alice go przytuliła, a nie na odwrót.
Po niedługim czasie również ją objął.
Pomimo braku uśmiechu ze strony dziewczyny, w środku była szczęśliwa, że w końcu ma kogoś, kto ją obejmie, kogoś komu wreszcie na niej zależy. Była szczęśliwa, że wreszcie ma przyjaciela.

– Obiecaj mi coś – wyszeptała.
– Co takiego?
– Obiecaj mi, że jak będę kazała ci byś się ode mnie odczepił lub dał mi spokój; nie będziesz zadawał żadnych pytań i po prostu mnie przytulisz.
– Obiecuję, przyjaciółko.

Po słowach Leona, dziewczynie zrobiło się ciepło na sercu.
Puściła chłopaka i odsunęła się od niego. Spojrzała na jego prawą rękę, w której miał dwie książki. Alice zmarszczyła brwi, zastanawiając się dla kogo mogą one być. Ale skoro przyszedł z nimi tutaj to...

– A, właśnie, mam coś dla ciebie – odrzekł, podając jej dwie książki.
Jedna była zatytułowana "Alicja w Krainie Czarów", druga zaś "Alicja po drugiej stronie lustra".
– Kojarzysz może Charlesa Dodgson'a?
– Tak, był przyjacielem rodziny. Zawsze wysłuchiwał moich opowiadań o Krainie Czarów, ale co on ma do rzeczy?
– Napisał te książki pod pseudonimem Lewis Carroll. Obie są o tobie.
Alice ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Dodgson napisał książki o niej i Krainie Czarów?
– Dziękuję, Verdas.
– Słuchaj, Alice... może zaczniesz mówić do mnie po imieniu?
– Od dziecka byłam przyzwyczajona do mówienia do wszystkich po nazwisku, ale spróbuję się od tego odzwyczaić.

Po jej słowach, na twarzy chłopaka pojawił się szeroki, szczery uśmiech. Jednak nie tylko on się szeroko uśmiechał.
Nad nimi, na niebie, znajdował się szeroki koci uśmiech. Obserwował ich dłuższy czas. Patrzył jak spacerują, jak Alice była wtulona w ramię Leona, jak razem rozmawiają. Jak cieszą się swoją obecnością.
Było to widać nawet u dziewczyny, która swoje uczucia trzyma głęboko i stara się ich nie okazywać.
Ich spacer, jak się można było spodziewać, wiódł prosto do Tundraful. To co tam się stało wywołało zdziwienie u kota.

– Co powiedz na łyżwy? – Zaproponował chłopak.
– Wiesz ja… nigdy nie jeździłam na łyżwach…
­­­­– To proste, zobaczysz.
Z ust Alice dało się usłyszeć ciche westchnienie.
– Jeśli nie chcesz, nie będę naciskał – zapewnił, kładąc dłoń na jej ramieniu.
Dziewczyna zamknęła oczy, jakby coś sobie wyobrażała. W jednej chwili na stopach obojga, pojawiły się łyżwy.
Czarnowłosa popatrzyła na Leona jakby prosiła o pomoc. Szatyn tylko zachichotał i złapał jej dłoń.
– Nie bój się – szepnął do jej ucha. ­– Nie będę puszczał.
Alice zamrugała kilka razy i przełknęła ślinę. Miała wrażenie, że jej żołądek właśnie zrobił fikołka. Pomimo ostrego klimatu Tundraful, nagle zrobiło jej się gorąco, a jej policzki nabrały lekko różowego koloru i była wręcz pewna, że to nie przez zimno.
Leon pociągnął ją na zamarzniętą część oceanu. Prowadził ją powoli, tak aby się nie przewróciła. Bardzo chciał by Alice spojrzała mu w oczy. Chciał wiedzieć, co takiego było w tych zielonych oczach, czego nie mógł rozgryźć.
Po chwili Leon stanął naprzeciwko niej, co zmusiło ją do spojrzenia na niego.
Chłopak chwycił lewą ręką jej wąską talię, a prawą jej małą dłoń. Alice niemal mogła poczuć ciepło bijące od przyjaciela.
Powoli zaczęła kłaść swoją drugą dłoń na ramieniu Verdasa.
Leon zaczął prowadzić ich taniec. Dosłownie Walc angielski na łyżwach.
Wiatr zdawał się grać dla nich melodię idealną.
Cheshire przyglądał się temu zdarzeniu bardzo uważnie. Śledził wszystkie ruchy pary, a w jego oku kręciła się łza szczęścia.
Alice wreszcie znalazła kogoś przy kim jest szczęśliwa.
To nic, że nie okazywała tego, na przykład uśmiechem, czy gestami. Jej oczy zdradzały dosłownie wszystko. Rzecz jasna, nadal było wydać w nich niepewność, to zupełnie zrozumiałe po tym, co przeżyła, ale jednak szczęście tym razem dominowało.

Oczywiście kot doskonale wiedział, że oni to zupełnie dwie różne bajki.
Widać było, że Leon jest lekko roztargniony, dziecinny, wygadany, a Alice była jego zupełną przeciwnością, zawsze była zorganizowana, poważna i nie mówiła za dużo. Dopełniali się, jak Yin i Yang.

Nagle kot zaczął uśmiechać się szerzej i bardziej szczerze niż zwykle, ale był też zdziwiony. Widział jak Alice i Leon przewracają się. Ale nie to go tak ucieszyło i zdziwiło za razem.

Alice i Leon śmieli się w niebogłosy. Zdziwienie Leona, jak i Cheshire nie miało końca.
– O boże! Ty się śmiejesz! – Zawołał chłopak.
– Co w tym dziwnego? – Spytała nadal się chichrając.
– Nic.
– Przepraszam, że na ciebie upadłam – powiedziała, a ich łyżwy zniknęły.
Leon podniósł się z lodu i pomógł Alice wstać.
– Naprawdę mnie przepraszasz?
– Nie – ponownie zachichotała.
– Ty okropna zołzo! – Wrzasnął i wziął ją na ręce.
– Verdas! Puść mnie! – Krzyknęła przez śmiech.
Naprawdę nie potrafiła się opanować, z resztą chłopakowi to też nie wychodziło.
­– W życiu, jeżeli nie powiesz, że jestem bystrym chłopakiem i bazgrzesz „Pani Alice Verdas” po całym swoim pamiętniku!
– Nigdy tego nie powiem!
– Tak? – Zapytał.
– Tak – potwierdziła.
– No dobra.
Nim się obejrzała, została wrzucona do wody. Nie czekała długo aż Leon również skoczy do oceanu, ochlapując ją przy okazji.

– Ale z ciebie idiota, Verdas.

czwartek, 16 lutego 2017

Zawód

Następnego dnia, Leon wstał z przeczuciem, że dostanie niezły opieprz.
Znał Violettę lepiej niż własną kieszeń i wiedział, co ją najbardziej wkurza, a olewanie jej przez niego wkurzało ją chyba najbardziej.
Jednak jego myśli zaprzątała pewna kruczowłosa dziewczyna, która na bank będzie zawiedziona tym, że nie przyjdzie.
Przez cały dzień nie wiedział, co ze sobą zrobić. Chodził wte i wewte. Od gitary, do fortepianu. Jakie było jego szczęście, gdy wreszcie wybiło wpół do trzeciej i mógł powoli iść do Resto. Gdy wyszedł, spojrzał na krzew róż, pod którym znajdowała się nora. Leon miał ochotę coś sobie zrobić.
Dobrze wiedział, jak Alice może się poczuć, ale nie uprzedził jej, że nie przyjdzie.
Westchnął cicho i nieszybkim krokiem zaczął iść do Resto.
W barze był za pięć trzecia. Przysiadł do stolika gdzieś, gdzie będzie mógł na spokojnie porozmawiać z Violettą.
Zdążył zamówić sobie i dziewczynie soki pomarańczowe, gdy do stolika podeszła Violetta. 

– Cześć, Vilu – przywitał ją z uśmiechem.
– Czy ty masz pojęcie, jak ja się o ciebie martwiłam? Gdzie wczoraj byłeś cały dzień?
– Byłem u znajomego. To nic takiego, Violetta, usiądź i się nie spinaj tak.
– Nawet mnie nie denerwuj!
– Alice, proszę cię.
– Czekaj, jak ty mnie nazwałeś?


Cheshire obserwował Alice od rana.
Chodziła bez celu. Nie wiedział, czy coś ją gnębi, cieszy, denerwuje. A może raczej złości?
To jak ta dziewczyna potrafiła doskonale ukrywać swoje emocje pod maską obojętności zawsze doprowadzało go do szału. 

– Co porabiasz, Alice?
Dziewczyna się nie odezwała. Odgarnęła tylko swoje czarne włosy za ucho.
– Alice, nie ignoruj mnie.
Znowu cisza. Kota zaczęło to coraz bardziej irytować.
– Do jasnej cholery, dziewczyno! Odpowiedz mi na moje pytanie w tej chwili!
– Daj mi spokój – powiedziała smutno.
Jej oczy wpatrywały się w czubki jej czarnych butów, a ręce miała skrzyżowane pod piersiami.
– Znów to zrobiłaś? – Syknął.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Nie udawaj głupiej, bo oboje dobrze wiemy, o co mi chodzi.
– Od dawna tego nie robiłam – powiedziała, siadając na ziemi. – Ale mam wrażenie, że właśnie tego teraz potrzebuję.


– Violetta, do jasnej cholery! Nie zachowuj się, jak dziecko!
– Zamknij się – warknęła. – Do zobaczenia w studio. 

Po pożegnaniu wyszła z baru.
Leon odchylił głowę do tyłu i westchnął ciężko.
Po kilku minutach wstał z krzesła i podszedł do lady by zapłacić za soki.
Wychodząc z Resto nie pokierował się bezpośrednio do domu. Zboczył trochę z drogi, by móc iść w swoje miejsce. Tam mógł poskładać myśli, wyciszyć się, odpocząć.
Usiadł pod jednym z drzew, które rzucało na ziemię cień i rozmyślał.
Próbował skupić myśli na Violettcie, koncercie, na czymkolwiek innym niż ona. Jednak jedyne o czym był w stanie myśleć to ona.
Myślał, co jeszcze mogła przejść w swoim życiu. Ile dobrego i ile złego wydarzyło się przez jej całe życie. Ale najbardziej myślał o tym, jak musi być zawiedziona tym, że nie przyszedł.
Z jednej strony chciał iść teraz, ale z drugiej miał dość tego dnia. 
Siedział w swojej kryjówce z godzinę, może półtorej. Wracając do domu znów popatrzył na różany krzew. Przeszedł obok niego nieobojętnie. Korciło go by spotkać się z Alice, ale jednak postanowił dać sobie na ten dzień spokój.

Następnego dnia, gdy tylko obudził się i wstał z łóżka zaczął się ubierać. Podczas tej czynności, wpadł na pewien pomysł. 

– Meg? – Powiedział, wyłaniając się zza drzwi od jej pokoju. 
– Tak, Leon?
– Masz jeszcze te książki o Alice?
– Tak, i po hiszpańsku i po angielsku, a co?
– Mogę je pożyczyć? 
– Jasne!

Leon wziął książki i wyszedł z pokoju jego siostry. 
Schodząc do salonu, zatrzymała go jego matka.

– Nie zjesz śniadania?
– Nie jestem głodny i trochę się spieszę – odparł przechodząc szybkim krokiem do przedpokoju. 
– Idziesz się spotkać z Violettą? – Spytał nagle ojciec chłopaka.
– Nie, idę się spotkać z przyjaciółką – powiedział i wyszedł z domu.
Podbiegł jak najszybciej do nory, po czym wskoczył do niej. 
Gdy był na miejscu; odetchnął z ulgą, że tym razem pojawił się w Dolinie Łez i nie jest narażony na laskę Szalonego Kapelusznika. 
Przeszedł większą część Doliny i nagle napotkał Alice. Gdy ta go zobaczyła, od razu zaczęła odchodzić. 

– Alice, czekaj!
Dziewczyna nie reagowała.
– Alice, no! Czekaj chwilę!
Dalej nie było żadnej reakcji. Szła przed siebie, nie zważając na wołanie Leona. Ten był już z lekka podirytowany. Jęknął wkurzony na siebie i nagle do głowy wpadł mu pewien pomysł.
– Pleasance...