–
Pleasance...
Alice
spojrzała na niego przez ramię. Gdyby wzrok potrafił zabijać, Leon już
wykrwawiałby się.
Nie
znosiła, gdy mówiono do niej jej drugim imieniem. Nie znosiła go prawie tak
samo, jak Bumby’ego.
–
Jak mnie nazwałeś, Verdas? – Rzuciła w jego stronę.
–
Wreszcie się odezwałaś!
–
Odczepiłbyś się łaskawie, wiesz?
–
Co cię ugryzło? – Spytał podchodząc do niej bliżej.
–
Dziękuję, że mnie uprzedziłeś, że nie przyjdziesz – Powiedziała smutno i zaczęła pocierać swoje
ramiona.
Leon
spuścił wzrok. Po chwili zamknął oczy i nabrał powietrza w płuca.
–
Przepraszam, że cię nie uprzedziłem. Miałem już dość tamtego dnia. Chciałem
przyjść, ale po prostu byłem zmęczony.
Dziewczyna
odwróciła się twarzą do niego i zacisnęła usta w prostą linię. Podeszła do
niego jeszcze bliżej. Leon już myślał, że oberwie, gdy, ku jego zdziwieniu,
czarnowłosa go przytuliła. Alice chwyciła na jego plecach materiał jeansowej
koszuli i ścisnęła go w pięściach.
Leon
otworzył szeroko oczy, gdy zdał sobie sprawę z tego, że tym razem to Alice go
przytuliła, a nie na odwrót.
Po
niedługim czasie również ją objął.
Pomimo
braku uśmiechu ze strony dziewczyny, w środku była szczęśliwa, że w końcu ma
kogoś, kto ją obejmie, kogoś komu wreszcie na niej zależy. Była szczęśliwa, że
wreszcie ma przyjaciela.
–
Obiecaj mi coś – wyszeptała.
–
Co takiego?
–
Obiecaj mi, że jak będę kazała ci byś się ode mnie odczepił lub dał mi spokój;
nie będziesz zadawał żadnych pytań i po prostu mnie przytulisz.
–
Obiecuję, przyjaciółko.
Po
słowach Leona, dziewczynie zrobiło się ciepło na sercu.
Puściła
chłopaka i odsunęła się od niego. Spojrzała na jego prawą rękę, w której miał
dwie książki. Alice zmarszczyła brwi, zastanawiając się dla kogo mogą one być.
Ale skoro przyszedł z nimi tutaj to...
–
A, właśnie, mam coś dla ciebie – odrzekł, podając jej dwie książki.
Jedna
była zatytułowana "Alicja w Krainie Czarów", druga zaś "Alicja
po drugiej stronie lustra".
–
Kojarzysz może Charlesa Dodgson'a?
–
Tak, był przyjacielem rodziny. Zawsze wysłuchiwał moich opowiadań o Krainie
Czarów, ale co on ma do rzeczy?
–
Napisał te książki pod pseudonimem Lewis Carroll. Obie są o tobie.
Alice
ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Dodgson napisał książki o niej i Krainie
Czarów?
–
Dziękuję, Verdas.
–
Słuchaj, Alice... może zaczniesz mówić do mnie po imieniu?
–
Od dziecka byłam przyzwyczajona do mówienia do wszystkich po nazwisku, ale
spróbuję się od tego odzwyczaić.
Po
jej słowach, na twarzy chłopaka pojawił się szeroki, szczery uśmiech. Jednak
nie tylko on się szeroko uśmiechał.
Nad
nimi, na niebie, znajdował się szeroki koci uśmiech. Obserwował ich dłuższy
czas. Patrzył jak spacerują, jak Alice była wtulona w ramię Leona, jak razem
rozmawiają. Jak cieszą się swoją obecnością.
Było
to widać nawet u dziewczyny, która swoje uczucia trzyma głęboko i stara się ich
nie okazywać.
Ich
spacer, jak się można było spodziewać, wiódł prosto do Tundraful. To co tam się
stało wywołało zdziwienie u kota.
–
Co powiedz na łyżwy? – Zaproponował chłopak.
–
Wiesz ja… nigdy nie jeździłam na łyżwach…
–
To proste, zobaczysz.
Z
ust Alice dało się usłyszeć ciche westchnienie.
–
Jeśli nie chcesz, nie będę naciskał – zapewnił, kładąc dłoń na jej ramieniu.
Dziewczyna
zamknęła oczy, jakby coś sobie wyobrażała. W jednej chwili na stopach obojga,
pojawiły się łyżwy.
Czarnowłosa
popatrzyła na Leona jakby prosiła o pomoc. Szatyn tylko zachichotał i złapał
jej dłoń.
–
Nie bój się – szepnął do jej ucha. – Nie będę puszczał.
Alice
zamrugała kilka razy i przełknęła ślinę. Miała wrażenie, że jej żołądek właśnie
zrobił fikołka. Pomimo ostrego klimatu Tundraful, nagle zrobiło jej się gorąco,
a jej policzki nabrały lekko różowego koloru i była wręcz pewna, że to nie
przez zimno.
Leon
pociągnął ją na zamarzniętą część oceanu. Prowadził ją powoli, tak aby się nie
przewróciła. Bardzo chciał by Alice spojrzała mu w oczy. Chciał wiedzieć, co
takiego było w tych zielonych oczach, czego nie mógł rozgryźć.
Po
chwili Leon stanął naprzeciwko niej, co zmusiło ją do spojrzenia na niego.
Chłopak
chwycił lewą ręką jej wąską talię, a prawą jej małą dłoń. Alice niemal mogła
poczuć ciepło bijące od przyjaciela.
Powoli
zaczęła kłaść swoją drugą dłoń na ramieniu Verdasa.
Leon
zaczął prowadzić ich taniec. Dosłownie Walc angielski na łyżwach.
Wiatr
zdawał się grać dla nich melodię idealną.
Cheshire
przyglądał się temu zdarzeniu bardzo uważnie. Śledził wszystkie ruchy pary, a w
jego oku kręciła się łza szczęścia.
Alice
wreszcie znalazła kogoś przy kim jest szczęśliwa.
To
nic, że nie okazywała tego, na przykład uśmiechem, czy gestami. Jej oczy
zdradzały dosłownie wszystko. Rzecz jasna, nadal było wydać w nich niepewność,
to zupełnie zrozumiałe po tym, co przeżyła, ale jednak szczęście tym razem
dominowało.
Oczywiście
kot doskonale wiedział, że oni to zupełnie dwie różne bajki.
Widać
było, że Leon jest lekko roztargniony, dziecinny, wygadany, a Alice była jego
zupełną przeciwnością, zawsze była zorganizowana, poważna i nie mówiła za dużo.
Dopełniali się, jak Yin i Yang.
Nagle
kot zaczął uśmiechać się szerzej i bardziej szczerze niż zwykle, ale był też zdziwiony.
Widział jak Alice i Leon przewracają się. Ale nie to go tak ucieszyło i
zdziwiło za razem.
Alice
i Leon śmieli się w niebogłosy. Zdziwienie Leona, jak i Cheshire nie miało
końca.
–
O boże! Ty się śmiejesz! – Zawołał chłopak.
–
Co w tym dziwnego? – Spytała nadal się chichrając.
–
Nic.
–
Przepraszam, że na ciebie upadłam – powiedziała, a ich łyżwy zniknęły.
Leon
podniósł się z lodu i pomógł Alice wstać.
–
Naprawdę mnie przepraszasz?
–
Nie – ponownie zachichotała.
–
Ty okropna zołzo! – Wrzasnął i wziął ją na ręce.
–
Verdas! Puść mnie! – Krzyknęła przez śmiech.
Naprawdę
nie potrafiła się opanować, z resztą chłopakowi to też nie wychodziło.
–
W życiu, jeżeli nie powiesz, że jestem bystrym chłopakiem i bazgrzesz „Pani
Alice Verdas” po całym swoim pamiętniku!
–
Nigdy tego nie powiem!
–
Tak? – Zapytał.
–
Tak – potwierdziła.
–
No dobra.
Nim
się obejrzała, została wrzucona do wody. Nie czekała długo aż Leon również skoczy do oceanu, ochlapując ją przy okazji.
–
Ale z ciebie idiota, Verdas.