Studio on beat, szkoła dla utalentowanej muzycznie młodzieży. Wreszcie po wakacjach, razem z jego przyjaciółmi, mógł tu wrócić i zacząć nowy rok szkolny.
— Leon! — Usłyszał głos Maxi'ego jego kumpla.
— Hej. Widziałeś może Violkę?
— Właśnie idzie — Odrzekł.
Gdy podeszła do nich, przytulił ją. Nie widzieli się dwa miesiące. Mieli prawo się za sobą stęsknić. Całą trójką weszli do budynku Studia, które znów tętniło życiem. Miło im było zobaczyć korytarz pełen ludzi i mnóstwo znajomych twarzy.
— Siemanko wszystkim — podszedł do nich uśmiechnięty od ucha do ucha, Diego. Brunet o brązowych, prawie czarnych oczach.
— Pytanie za milion punktów — ogłosił Maximilian. — Gdzie sucz imieniem Ludmiła?
— Maxi... — westchnął ciężko Leon.
— Nie zapominaj, że trochę się zmieniła — tym razem Violetta zabrała głos.
— Ale jak żyję, nie zapomnę jej tego, jak bardzo nam uprzykrzała życie.
— Zmieniając temat. Diego, jest ktoś jeszcze oprócz nas? — Spytał szatyn.
— Leon! — Usłyszał głos Maxi'ego jego kumpla.
— Hej. Widziałeś może Violkę?
— Właśnie idzie — Odrzekł.
Gdy podeszła do nich, przytulił ją. Nie widzieli się dwa miesiące. Mieli prawo się za sobą stęsknić. Całą trójką weszli do budynku Studia, które znów tętniło życiem. Miło im było zobaczyć korytarz pełen ludzi i mnóstwo znajomych twarzy.
— Siemanko wszystkim — podszedł do nich uśmiechnięty od ucha do ucha, Diego. Brunet o brązowych, prawie czarnych oczach.
— Pytanie za milion punktów — ogłosił Maximilian. — Gdzie sucz imieniem Ludmiła?
— Maxi... — westchnął ciężko Leon.
— Nie zapominaj, że trochę się zmieniła — tym razem Violetta zabrała głos.
— Ale jak żyję, nie zapomnę jej tego, jak bardzo nam uprzykrzała życie.
— Zmieniając temat. Diego, jest ktoś jeszcze oprócz nas? — Spytał szatyn.
— Jest Fran, Andreas i Natalia.
— A co z Lu?
Violetta zaczęła się niepokoić.
— Daj spokój Violetta. Może przyjdzie, a jak nie...
— Ludmiła razem z matką zostają w Australii.
Przybiegła Nati, ze łzami w oczach. Wszyscy spojrzeli na nią. Roztrzęsiona czarnowłosa przytuliła się do Maximiliana.
— Co? — dopytał zielonooki szatyn.
— Przed chwilą... Wysłała mi wiadomość... Że nie wraca do Buenos Aires — mówiła za łzami w oczach.
— Szkoda. Cóż, może ruszmy się powoli w stronę sali śpiewu, bo zaraz lekcja organizacyjna.
— Maxi! — krzyknęli wszyscy.
— No co?
— A co z Lu?
Violetta zaczęła się niepokoić.
— Daj spokój Violetta. Może przyjdzie, a jak nie...
— Ludmiła razem z matką zostają w Australii.
Przybiegła Nati, ze łzami w oczach. Wszyscy spojrzeli na nią. Roztrzęsiona czarnowłosa przytuliła się do Maximiliana.
— Co? — dopytał zielonooki szatyn.
— Przed chwilą... Wysłała mi wiadomość... Że nie wraca do Buenos Aires — mówiła za łzami w oczach.
— Szkoda. Cóż, może ruszmy się powoli w stronę sali śpiewu, bo zaraz lekcja organizacyjna.
— Maxi! — krzyknęli wszyscy.
— No co?
Po lekcjach w Studio, Leon wracał sam do domu. Gdy zostało mu dosłownie pięć minut drogi zobaczył coś dziwnego. Białego królika w marynarce z zegarkiem. Zmarszczył brwi i zaczął za nim iść. Doprowadził, go do ogrodu, przed jego domem. Wskoczył w krzak róży i tyle go widział. Przeszukiwał krzaki, uważając by się nie pokłóć.
— Czego szukasz, synku? — usłyszał głos swojej matki.
— Nic. Wydawało mi się, że coś widziałem.
— Chodź, bo obiad stygnie.
Chłopak wszedł do domu. Wyglądało na to, że jego ojca znów nie ma, ale mylił się.
— Jak w szkole? — powiedział do niego ojciec, popijając herbatę.
— Nie było źle. Tylko Ludmiła zostaje w Australii.
— Szkoda. Zmieniła się ostatnimi czasy.
— Nie do poznania.
Mama Leona położyła przed synem talerz z jedzeniem. Po zjedzeniu obiadu chłopak poszedł do swojego pokoju.
— Czego szukasz, synku? — usłyszał głos swojej matki.
— Nic. Wydawało mi się, że coś widziałem.
— Chodź, bo obiad stygnie.
Chłopak wszedł do domu. Wyglądało na to, że jego ojca znów nie ma, ale mylił się.
— Jak w szkole? — powiedział do niego ojciec, popijając herbatę.
— Nie było źle. Tylko Ludmiła zostaje w Australii.
— Szkoda. Zmieniła się ostatnimi czasy.
— Nie do poznania.
Mama Leona położyła przed synem talerz z jedzeniem. Po zjedzeniu obiadu chłopak poszedł do swojego pokoju.
Siedziała na jednym z drzew, patrząc na krajobraz Doliny Łez. Kiedyś, zniszczona przez zgnilce, teraz - znów piękna, jak za czasów jej dzieciństwa. Zaczęła bawić się swoim naszyjnikiem, do którego doczepiła klucz swojej siostry.
— O czym myślisz, Alice? — Usłyszała głos kota z Cheshire.
— Myślisz, że to dobrze, że go zabiłam? — Spytała.
— Wolałabyś zostać sprzedana lub, nie daj boże, zostać jego osobistą niewolnicą?
Dziewczyna westchnęła głośno.
— Alice, Bumby nie żyje. Koniec z nim. Nie myśl o przeszłości i starych uczuciach. Wiem, co do niego czułaś.
— Gdyby to było takie proste. Mam za dobrą pamięć, by tak po prostu o nim zapomnieć. Zdradził mnie, moich rodziców... Lizzie.
— Rób jak uważasz — powiedział i zniknął.
— O czym myślisz, Alice? — Usłyszała głos kota z Cheshire.
— Myślisz, że to dobrze, że go zabiłam? — Spytała.
— Wolałabyś zostać sprzedana lub, nie daj boże, zostać jego osobistą niewolnicą?
Dziewczyna westchnęła głośno.
— Alice, Bumby nie żyje. Koniec z nim. Nie myśl o przeszłości i starych uczuciach. Wiem, co do niego czułaś.
— Gdyby to było takie proste. Mam za dobrą pamięć, by tak po prostu o nim zapomnieć. Zdradził mnie, moich rodziców... Lizzie.
— Rób jak uważasz — powiedział i zniknął.
— Wychodzę! — Krzyknął chłopak, zakładając buty.
— Gdzie idziesz? — Spytał rodziciel chłopaka.
— Na próbę. Postanowiliśmy z chłopakami, że zaczynamy pełną parą już pierwszego dnia szkoły.
— No w porządku. Baw się dobrze.
Wraz z tymi słowami, Leon wyszedł z domu. Na wycieraczce zobaczył tego samego królika, co przy powrocie ze szkoły. Królik znowu zaczął skakać w stronę krzewu róży. Poszedł za nim i zobaczył norę. Była na tyle duża, że chłopak bez problemu mógł do niej wskoczyć. Przez chwilę nieuwagi, wpadł do niej. Spadał w otchłań. Otaczał go mrok. Dosłownie po kilku minutach, jak nie sekundach, krajobraz zaczął się zmieniać. Miał wrażenie jakby już gdzieś widział te ogromne zabawki, zegarki i meble. Niedługo potem poczuł okropny ból. Spadł na zardzewiałą blachę. Tak jak tamten krajobraz przypominał mu króliczą norę z "Alicji w Krainie Czarów", tak ten wyglądał zbyt ponuro, jak na tamtą bajkę. W powietrzu był dziwny, zielony smog, który powstał przez ogromne ilości dymu, wydobywającego się z kominów ponurych budynków z zardzewiałej blachy. W oddali mógł dostrzec jeżdżące ospale platformy. Miejsce, które go otaczało, było jednocześnie na swój sposób piękne, tajemnicze i niepokojące.
— Co ty tu robisz, młodzieńcze? — Usłyszał z tyłu jakiś wściekły głos.
— Nie denerwuj się, kapeluszniku i pij herbatę.
Odwrócił się w stronę głosów. Zobaczył siedzących przy stole białego królika, którego wcześniej widział i... wysokiego mężczyznę? Nie wiedział jak go nazwać. Miał na sobie czarno-białe ubranie i wysoki kapelusz o tych samych kolorach. Był zielony i miał ogromny nos. W ręku trzymał laskę z niewielkimi czajnikiem. Jakby widział już tą scenę, tylko że z innymi postaciami.
— Gdzie idziesz? — Spytał rodziciel chłopaka.
— Na próbę. Postanowiliśmy z chłopakami, że zaczynamy pełną parą już pierwszego dnia szkoły.
— No w porządku. Baw się dobrze.
Wraz z tymi słowami, Leon wyszedł z domu. Na wycieraczce zobaczył tego samego królika, co przy powrocie ze szkoły. Królik znowu zaczął skakać w stronę krzewu róży. Poszedł za nim i zobaczył norę. Była na tyle duża, że chłopak bez problemu mógł do niej wskoczyć. Przez chwilę nieuwagi, wpadł do niej. Spadał w otchłań. Otaczał go mrok. Dosłownie po kilku minutach, jak nie sekundach, krajobraz zaczął się zmieniać. Miał wrażenie jakby już gdzieś widział te ogromne zabawki, zegarki i meble. Niedługo potem poczuł okropny ból. Spadł na zardzewiałą blachę. Tak jak tamten krajobraz przypominał mu króliczą norę z "Alicji w Krainie Czarów", tak ten wyglądał zbyt ponuro, jak na tamtą bajkę. W powietrzu był dziwny, zielony smog, który powstał przez ogromne ilości dymu, wydobywającego się z kominów ponurych budynków z zardzewiałej blachy. W oddali mógł dostrzec jeżdżące ospale platformy. Miejsce, które go otaczało, było jednocześnie na swój sposób piękne, tajemnicze i niepokojące.
— Co ty tu robisz, młodzieńcze? — Usłyszał z tyłu jakiś wściekły głos.
— Nie denerwuj się, kapeluszniku i pij herbatę.
Odwrócił się w stronę głosów. Zobaczył siedzących przy stole białego królika, którego wcześniej widział i... wysokiego mężczyznę? Nie wiedział jak go nazwać. Miał na sobie czarno-białe ubranie i wysoki kapelusz o tych samych kolorach. Był zielony i miał ogromny nos. W ręku trzymał laskę z niewielkimi czajnikiem. Jakby widział już tą scenę, tylko że z innymi postaciami.
Alice zaskoczyła z drzewa i zaczęła iść w kierunku Domeny Kapelusznika. Sama, nikt jej nie przeszkadzał. Do czasu. Gdy była dosłownie stopę od owej Domeny, przed nią pojawił się, ponownie Cheshire.
— Czego znów chcesz, cholerny...
— W Krainie Czarów jest nieprzyjaciel — przerwał jej.
— To że jest tu Lalkarz wiem nie od dziś, kocie.
Wymięła go i zaczęła iść dalej.
— Ten ktoś nie pochodzi stąd — oznajmił.
Zaczęła biec.
Ktoś, kto nie pochodzi stąd? Myślałam, że Kraina Czarów jest bezpieczna.
Leon cały czas dostawał laską tego mężczyzny po głowie.
Co ja zrobiłem? Znalazłem się tu przez przypadek!
— Hej, panowie. Ja naprawdę znalazłem się tu przez przypadek i... Ała! — Znów dostał po głowie.
— Idź i nie wracaj!
Ruszył na wschód. Szedł tak kilka minut aż nagle poczuł coś zimnego na na szyi.
— Hej, panowie. Ja naprawdę znalazłem się tu przez przypadek i... Ała! — Znów dostał po głowie.
— Idź i nie wracaj!
Ruszył na wschód. Szedł tak kilka minut aż nagle poczuł coś zimnego na na szyi.
Popatrzył w dół i zobaczył nóż, ale nie byle jaki. Spod śladów krwi mógł dostrzec piękne zdobienia na ostrzu. Oczarowany wyglądem narzędzia, stracił rachubę.
Z transu wybudził go wściekły, kobiecy głos.
— Kim jesteś i co robisz w mojej Krainie Czarów?
Z transu wybudził go wściekły, kobiecy głos.
— Kim jesteś i co robisz w mojej Krainie Czarów?